blue screen of death

in Kolejny dzień i nadal nie jestem bogaty

Twardy korpo-reset

Ważniaki z korpo jak chcą się zresetować na twardo, wyjeżdżają na taką jedną wiochę pod Warszawą. Wstają o piątej rano, piją napar z pokrzyw, przytulają się do drzew, potem jest przerzucanie gnojówki, a na koniec szczują ich psami, ale to już całkowicie w gratisie, bo za całą resztę trzeba słono zapłacić.

Ustaliliśmy z ojcem, że nam też przydałaby się taka regeneracja ciała i umysłu, odnowienie więzi z naturą i ogólnie ta energia kosmosu co ją nam trzeba pojmać, a na ojca reumatyzm dobre by było to słynne oczyszczanie organizmu z wszystek zła.

My nie jesteśmy tacy głupi jak Ci z korpo żeby gdzieś jechać. Przeca u nas też jest dużo gnoju, pokrzyw ci u nas dostatek i drzewa też mamy, a nawet brzozy. Bliżej, taniej, co że Kaszuby.

I pojechaliśmy na tą oczyszczalnię duszy i ciała. Zaczęło się bardzo dobrze, bo już na samym początku ojca ukąsiła żmija, a on na to, że do żadnego szpitala nie będzie jechał, bo po 40 latach małżeństwa jest uodporniony na jad. Potem poszliśmy do jakiegoś chłopa na podwórko poprzerzucać gnoju i muszę wam powiedzieć, że to nawet fajna sprawa tylko już po chwili na podwórku pojawiła się kaszubska mafia truskawkowa i wszystko nam popsuła – mały pękaty w czapce i wysoki w gumofilcach z psem.

Od razu zaczęli nam przeszkadzać, mały zaczął coś szwargolić po swojemu, wymachiwać rękami… a wysoki nic, tylko się patrzy – od razu widać że wyższego polotu duch, chyba jakiś król wioski czy coś. Mały dalej swoje, pytluje tym jęzorem i pytluje, ale nie idzie go zrozumieć, w końcu nie wytrzymałem i mówię mu:

Do you speak English?

Zrobiło się cicho… myślę sobie, pewno nie znają angielskiego… i nagle jak mnie mały nie strzeli w gębę, aż mi w oczach pociemniało, a mówią, kurwa, że języki pomagają w życiu.

Wtedy ten wysoki spuścił psa i krzyczy:

Faworek, Bierz ich!

Widać, że kontakt z naturą podziałał na ojca, bo mu nagle cały reumatyzm przeszedł, czyli cudowne ozdrowienie, to nawet i dobrze, bo musieliśmy spierdalać przed faworkiem. Finał jest taki, że ojciec bierze zastrzyki w brzuch, a mi założyli trzy szwy na gębie – wspaniały weekend! Przynajmniej za szczucie psem ani grosza żeśmy nie dali, a jakby co, to za tydzień sprawdzamy hardcore clubbing.

fot. Digital Guide / wikimedia commons

Napisz komentarz!

Comment