węzeł

in Kolejny dzień i nadal nie jestem bogaty

Niewielki wybór sznurówek

Znowu zakupy i znowu sukces! W moich ulubionych pepegach, które nazywam „ulubione” przetarły się sznurowadła i starach mnie obleciał, bo to oznaczało, że muszę iść na zakupy. Młodszej części czytelników wyjaśniam, że pepegi to są takie trampki z czasów kiedy wszystko było szare, czekoladopodobne i ogólnie gorsze, a tak naprawdę wszystko było lepsze.

W najbliższą sobotę poszedłem do sklepu, który miał w nazwie słowo „Super” na początku oraz imię właściciela z dodanym „X” na końcu, żeby było bardziej po amerykańsku. Od razu widać, że to jakiś polski żbik biznesu jest właścicielem tego szacownego punktu wymiany dóbr.

Chciałbym kupić sznurowadła powiedziałem do ładnej ekspedientki o włosach czarnych jak pasta kiwi i zębach białych jak colgate. Dziewczyna posmutniała i odpowiedziała, że niestety mają mały wybór.

Nie mogła tego wiedzieć, ale była to muzyka dla moich uszu ( szczególnie po doświadczeniach z zakupem poduszki ), bo wiadomo jak to jest w tych amerykańskich sklepach: zaraz zaczną wszystko wyjmować, zachwalać, proponować, a najgorsze, że trzeba przy tym myśleć, a myślenie to zbyt trudna sprawa żeby każdy mógł się tym zajmować, ja bym na przykład nie mógł.

Ekspedientka powiedziała smutno, a był to smutek prawdziwy, że są tylko brązowe i czarne. Poproszę o czarne powiedziałem i odniosłem wrażenie, że już gdzieś widziałem tę dziewczynę. Brunetka zgrabnie zdjęła z wieszaka czarne sznurowadła i wracając do kasy zatrzymała się, spojrzała na mnie badawczo i zapytała:

a pasty nie potrzebujemy?

Trochę mnie tym pytaniem zaskoczyła i zacząłem się zastanawiać czemu mówi do mnie w liczbie mnogiej, hmm, może tak po prostu ma. Moje milczenie uznała za odpowiedź przeczącą, ale nie dawała za wygraną:

to może wkładki potrzebujemy?

Tak, na pewno już gdzieś ją widziałem, znowu nie odpowiedziałem, ale ekspedientka zbytnio się tym nie przejęła.

To może w takim razie szczotkę do butów potrzebujemy?

Jak zwykle nie odpowiedziałem, bo co tu dużo gadać, kiedy nie ma o czym mowić.

No to może, i tu mi zaimponowała, siatkę potrzebujemy?

W jej głosie usłyszałem nieukrywaną satysfakcję, czuła że wygrała, od razu widać było, że siatki nie mam. A wiadomo, że sprzedaż takiej komplementarnej siatki jest okazją do zaproponowania mi pasty, szczotki, łyżki, wkładek do butów oraz miliona innych niepotrzebnych gadżetów, które sklep ma w swoim asortymencie. Ale nie ze mną tak, ze mną nie, odpowiedziałem:

My nie potrzebujemy, ale nie wiem jak wy…

Teraz to ja miałem satysfakcję i uśmieszek w głosie, bo wiedziałem, że to jednak ja wygrałem i spokojnie czekałem na jej reakcję. Jak tak czekałem na jej ripostę, to się trochę zamyśliłem i wtedy poczułem mocne szturchnięcie i usłyszałem głos:

To bierzemy tę siatkę?

A po chwili:

Ej! Halo! Tu ziemia!

Nagle przypomniałem sobie, gdzie wcześniej widziałem tę ekspedientkę, tylko nie mogłem zrozumieć dlaczego z nią do tego sklepu przyszedłem, przecież ona powinna już tu być, tu w sklepie, który ma w nazwie słowo „Super” na początku oraz imię właściciela z dodanym „X” na końcu.

Wtedy właśnie dotarło do mnie powoli, że to nie żadna ekspedientka, tylko moja żona i trochę posmutniałem, że jestem żonaty, bo jeszcze tyle życia miałem przed sobą. A potem zapadła głucha cisza, taka najcichsza z cisz, a w Paryżu w tym czasie padał deszcz i nie chciał przestać padać, zwłaszcza na Rue Daguerre.

fot. pixabay

Napisz komentarz!

Comment