in Strażnicy południowej dzielnicy

Mary Lou odjeżdża w kierunku zachodzącego słońca

Mary Lou pachniała przeciągiem, miała głos niski jak tylko potrafią być głosy i włosy ułożone w turban Mudżahedina. Bały się jej wszystkie psy na naszej ulicy, nawet owczarek dzielnicowego, zresztą sam dzielnicowy też się jej bał. Mówił, że się nie boi i że zrobi z nią porządek, ale i tak wszyscy wiedzieliśmy, że kłamie.  

Mary Lou miała łeb nie od parady, potrafiła odzyskać skradziony rower, jak pożyczyła to oddała i przez lata gromadziła śmieci, które układała w labirynt Minotaura, być może dlatego gniła ściana oddzielająca nasze mieszkania.

Kiedyś przy pracach hydraulicznych, majster szukając pionu przekuł się z naszego do jej WC. Gadaliśmy wtedy, że co będziemy zamurowywać, lepiej okno sobie wstawić, będzie sobie można szluga podawać na kiblu, gazety wymieniać albo chociaż pogadać, ale matka tematu nie podchwyciła. 

Ja tego nie pamiętam, ale podobno zaraz po tym jak się wprowadziliśmy, ktoś w środku nocy natarczywie dobijał się do naszych drzwi i nie chciał przestać, a dodatkowo zachrypniętym głosem krzyczał: 

Szefowo, flaszkie! Flaszeczkę królowo!

Na odpowiedź nie czekał zbyt długo, ojciec nie zdążył założyć gaci, żeby otworzyć te przeklęte drzwi, kruca fuks, i kulturalnie z jegomościem porozmawiać. Po prostu usłyszeliśmy skrzypienie uchylanych drzwi sąsiadki i Mary Lou udzieliła rzetelnej informacji o chwilowym braku towaru mówiąc:

Spierdalaj!

To było bardzo dawno temu i w sumie szkoda, że już słabo ją pamiętam, bo byłem wtedy dzieckiem w kolebce, a ona już nie jednej łeb hydrze urwała. A potem pewnego zwyczajnego dnia Mary Lou złapała dyliżans i odjechała w stronę zachodzącego słońca z napisem the end i już nigdy jej nie widzieliśmy, a świat wypełniała pustka (równie wielka jak ta po Januszku, który nie oddał szatkownicy do kapusty).

Napisz komentarz!

Comment