Gładki i jego babcia

W dzielnicy ludzi o dłoniach szorstkich jak pumeks i równie szorstkich charakterach mieszkał Gładki ze swoją babcią. Gładki miał pokój pomalowany w rybią łuskę, włosy na żel ekstra strong i oryginalną reklamówkę hugo bossa. Całymi dniami grał w gry, czarował jakąś pannę swoim aksamitnym charakterem albo urządzał imprezy za rentę babki. 

Babcia miała lat, co najmniej, dziewięćdziesiąt, nad łóżkiem zdjęcie papieża, zdjęcie ze ślubu, obrazek przenajświętszej panienki i dwa różańce – jeden na wszelki wypadek. Staruszka od przynajmniej 10 lat czekała na śmierć, która omijała ją szerokim łukiem, chyba ze strachu. W każdym razie od dawna była gotowa na to spotkanie, w szafie koło łóżka miała przygotowaną wyprawkę specjalnie na tę okoliczność. Były tam świece, czarna sukienka, czarne buty, czarny magnetofon z nagranym Ave Maria i wszystko czarne co było jej potrzebne, ale najbardziej była dumna z miejsca na cmentarzu. Najważniejsza jest lokalizacja, a jej była prawie doskonała – dobrze skomunikowana, teren nasłoneczniony, zamknięte osiedle,  na około sami porządni ludzie: prawnik, małżeństwo lekarzy, pilot, kapitan floty, no i tylko  jeden artysta, ale nie można mieć w życiu wszystkiego, po śmierci widać też nie. 

Przez swój wiek babcia była praktycznie całkowicie zależna od Gładkiego, a Gładki był zależny od babki renty i żeby jednak miała coś z życia wystawiał ją na parapet –  raz od strony ulicy S, gdzie babka liczyła kamienie w bruku, a raz od strony torów gdzie liczyła przejeżdżające pociągi, to wszystko. Mimo że  nigdy nie wychodziła z domu, wszyscy dobrze ją znaliśmy, bo stare kamienice mają to do siebie, że ich stropy zrobione są z trzciny, a ściany z szajs-cegły i wszystko słychać. Jak sąsiad z góry oglądał telewizję, to właściwie jakbyśmy wszyscy razem ją oglądali, jak “Spięty” ćwiczył w siłowni w piwnicy, to tak jakbyśmy wszyscy ćwiczyli, a jak babcia wołała Gładkiego, to tak jakby i nas wszystkich wołała. 

Zazwyczaj zaczynała od przeciągliwego: “Wooooooojtuuuuś!”,   bo Gładki miał naprawdę na imię Wojtek, ale wszyscy i tak mówili na niego Gładki, nawet dzielnicowy Malinowski. Potem była krótka seria: “Wojtuś! Wojtek! Wojtek!”,  a Gładki nic, cisza. Czasami babcia zaczynała krzyczeć nieco bardziej prosząco: “Wojteczku! Wojtek! Wojtuniu! Wojteczku! Wojtek! Wojciech”, zazwyczaj kiedy była godna albo jak chciała do toalety, ale Gładki nie reagował, a wszyscy wiedzieliśmy, że koniosraj jest w domu, bo gdzie niby miałby być. Następnie babcia Gładkiego zwiększała częstotliwość i głośność: “Woooooooojteeeeeczkuuuuu…”, wtedy robiło się to już naprawdę uciążliwie i zazwyczaj sąsiad z góry nie wytrzymywał, wyłączał telewizor, czyli wiadomo było, że zaraz zejdzie do Gładkiego porozmawiać z nim po swojemu. Gładkiego strach oblatywał, że mu sąsiad w odruchu solidarności wpierdoli albo, że babka się jednak dogadała ze śmiercią w kwestii przejścia na drugą stronę i go zaraz odetnie od renty. Szedł więc sprawdzić co się u babci dzieje i swoim wejściem przerywał histeryczno-przeraźliwe: “Wojtuuuuuuuuuuuuś!”, a potem  swoim niskim, gładkim głosem pytał: “Co?”, na co babcia równie niskim  odpowiadała: “Ty chuju!”.

Show More

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back to top button