siódma pieczćę

in Kolejny dzień i nadal nie jestem bogaty

Ars bene moriendi

Wczoraj żonka zmierzyła mi ciśnienie i wyszło, że mam taki puls jak sportowiec albo po prostu nie żyję. Sportem się brzydzę od kiedy taki jeden Harry z Tybetu powiedział mi, że to zabija szare komórki i wziął za to 200 złotych. Ja mu wierzę, ma przecież stronę w Internecie i mówi że to prawda,  przecież by mnie nie okłamał, zresztą tak to nic w porównaniu z tym, że niektórzy wierzą w gadającego węża. 

A więc zostaje ta druga wersja, czyli nie żyję. Tak po prostu? Nawet bez partyjki szachów? Chociaż i tak mam szczęście, przynajmniej nie trzeba będzie spłacać kredytu, a na przykład taki Jimi Hendrix jak był w moim wieku, to od 10 lat już nie żył. Tylko co teraz? Co by tu jeszcze, co by tu jeszcze? Chyba tylko usiąść z duszą na listku i szukać tam domku i gniazdeczka, koniec łobuzowania.

A tak swojską drogą, ciekawe czy można to uznać za to słynne “wyjście ze strefy komfortu” o którym mówią ci wszyscy kołczowie od osiągania celów i realizacji pasji. Chyba podchodzę do tego z za małym zaangażowaniem i po amatorsku, chyba powinienem teraz śpiewać “byłem w Rio byłem w bajo miałem bilet na Hawajo”, a nie słuchać Majki Jeżowskiej, Pana Kleksa i dyskoteki pana Dżeka (nie mówcie nikomu). 

Mimo wszystko, mam nadzieję, że mnie sąsiedzi dobrze zapamiętają, że dobry chłopak był i zawsze mówił dzień dobry – to ważne, żeby zostawić po sobie dobre wrażenie i żeby zrobiło się nudno jak już nas nie będzie.

Tylko trochę mi wakacji szkoda, bo w tym roku miałem nie jechać do Turcji, a tak nic z tego i dupa zbita. Aha, byłbym zapomniał, proszę niech ktoś przekaże śwagrowi, że mu tej stówy jednak nie oddam.

fot. Kadr z filmu I. Bergmana – „Siódma Pieczęć”

Napisz komentarz!

Comment